Wierni przyjaciele znoszą wszystko, zwłaszcza moje uciążliwe zapisy w tej rzeczywistości.
O autorze
Tagi
wtorek, 19 czerwca 2012

Zlot poetycki Harmonistów duszowych i Miedzowiczów w Plattówce

Tytuł:
Harmonia dusz. Antologia poezji współczesnej
Autor:
Mariola Platte, Krzysztof P. Nowak

 


   Rozmyślałam, co by napisać o zlocie w Plattówce, o ludziach, których
tam miałam okazję poznać i o wspaniałej okolicy.
Długo nic nie przychodziło mi do głowy. Nie wiedziałam co i jak mam napisać.
Przeglądane zdjęcia też nie pomogły mi w opisie tych chwil.
Włączyłam „Na wesoło” w wykonaniu Anny Serafińskiej i wszystko
jakby nabrało wyraźnego zarysu.

Tytuł: Słowa na miedzy przysiadły
Autor: Mariola Platte

 

    W pociągu spędziłam ponad 7 godzin, przesiadka  jedna (na szczęście),
naprzemiennie usypiając, popijałam wodę i wyobrażałam sobie jak tam będzie.
Mazury odwiedziłam po raz pierwszy.
Gdy dotarłam do umówionego miejsca, miał na mnie czekać niejaki Pan Ignacy,
o siwym wąsiku…
z opisu, który mi przedstawiono wyobraziłam sobie postawnego pana,
o rzucającym się w oko, pięknym, perłowym wąsie.
Wysiadłam z pociągu, który pojechał dalej.
Na peronie nie zauważyłam wąsatego, czekającego pana.
Opuściłam pospiesznie peron, mijając pana, który był równie zdezorientowany
jak ja, z wiatrem we włosach.
Dochodząc do pierwszej ulicy, rozejrzałam się w jedną i w drugą stronę,
ale nie po to, by ją przekroczyć lecz z nadzieją odnalezienia
Pana Ignacego. Nic z tego nie wyszło…kilka kroków zrobionych wstecz
ustawiło mnie pod jakimś murem i spostrzegłam drobnego pana z kwiatem
w biskupim kolorze w ręku. On chyba też mnie niepewnie rozpoznał.
Zaczął zdążać w moim kierunku i już byłam przekonana, że to Pan Ignacy.
Mile mnie powitał, wręczając kwiatek,
oznajmiając, że jeszcze kogoś musimy znaleźć. Krótką chwilę potem, pan
w nieuporządkowanych włosach był już z nami.

    Droga do Plattówki była przeżyciem prawie extremalnym.
Z wyglądu niepozorny Pan Ignacy wczuł się w rolę rajdowego kierowcy,
a nas z tyłu rzucało z lewej na prawą stronę.
Cel podróży został osiągnięty.
Obiad niemal w królewskim stylu, zakwaterowanie i czas tylko dla nas.

Próbowałam nacieszyć oko widokiem zieleni, poznałam kilka osób
i razem oczekiwaliśmy chwili uzewnętrznienia.
Kolacja przebiegła szybko, jednak wzdłuż długiego stołu nie cichły rozmowy
i pobrzękiwanie naczyń.
Rozpoczął się czas operowania słowem w najczystszej postaci.
W prezentowanych przez samych autorów utworach,
można było ich bardziej poznać.
Upiększane gitarową nutą brzmiały nadzwyczaj pięknie.

    W drugi dzień, tuż po wspólnym śniadaniu, Pani Mariola (nasza Pani domu)
zaprezentowała nam jak maluje na jedwabiu,
jakie techniki przy tym wykorzystuje.
Jej prace są wspaniałe i subtelne.
Tworzy apaszki, chusty, szale, krawaty, a nawet przepiękne bluzki,
wszystkie ubarwione w kolory wyobraźni, a potem
każdy miał chwilę dla siebie.
Jedni pogłębiali znajomości, drudzy powrócili do pokoi, jeszcze inni
uciekali w ciszę, malując w plenerze, fotografując czy poznając okolicę.
Dopiero po obiedzie rozpoczął się czas dla rozwijania siebie.
Trener rozwoju osobistego zabrała nas w podróż w poszukiwaniu
własnego kreatywnego JA. Ten czas pracy z emocjami
i wyobraźnią dawał wiele radości, ale i walki z własnymi słabościami,
przynosząc przy tym wyśmienite efekty.
Wieczorem świetny występ kabaretu Czerwony Tulipan
wraz z Panią Krystyną Świątecką:

rozbawił i przeniósł w obszar rozmyślań, wspomnień, refleksji wszystkich
uczestników poetyckiego zlotu.
Pokaz tanga emocjonalnego w wykonaniu Edyty Jaroszewicz
i Rafała Witkowskiego, wzbudził emocje prawie erotyczne.
Lekkość i bliskość partnerów czuli chyba wszyscy.
Niesamowitych przeżyć dostarczyła również krótka nauka tanga.
Potem znów był czas ze słowem, które pięknie rozbrzmiewało
w strunach gitary.
Dzięki też autorowi „Kociej uczty”, był to niezwykły czas.

            Pani Mariola gościła nas w iście boskim stylu.
Dostarczyła nam fenomenalnych przeżyć i rewelacyjnych wspomnień.
Jako że było to moje pierwsze takie doświadczenie, muszę przyznać,
że wrażenia są godne zazdrości.

 

            Sobie i wszystkim poznanym, niezwykle serdecznym ludziom
życzę wielu takich wspólnie przeżywanych chwil.
Są one lekarstwem na wszelkie bolączki rzeczywistości.
Dziękuję Wam za wszystko, życząc dalszej, bogatej inspiracji…

Fotografie wykorzystane w tym poście są mojego autorstwa.
Nie zgadzam się na ich kopiowanie i rozpowszechnianie
bez wcześniejszego uzgodnienia ze mną.

Eva


Przydatne informacje:
www.platte.pl

piątek, 01 czerwca 2012

 Polsko-niemiecka sztuka teatralna "Gubin story"
  
   Jako że 51 „Wiosna nad Nysą” została oficjalnie rozpoczęta
(na co nie wskazuje raczej stan pogodowy),
nie mogłam nie wybrać się na spektakl, który z samej nazwy
mnie do tego zachęcił.
Oczekiwałam czegoś porywającego, zastanawiającego
i myślałam, że pozostanie mi w pamięci na dłużej,
ale niestety - nie na aż tak dłuuugo.

   Całość zgrabnie ułożona na pierwszy rzut oka
w sposób prześmiewczy. Do tego w samym środku
zabytkowej Fary.

   Przedstawienie rozebrało na części pierwsze „mogę”
lokalnej władzy. Nie obyło się bez akcentu Euro 2012,
sytuacji w Grecji i jak tytuł wskazuje – tego, co
w ostatnim czasie działo się w samym Gubinie.
Zamknięto szpital. Nie chce się wierzyć, ale tak,
jedyny dostęp w mieście do nieco szerszej diagnostyki,
został oficjalnie i nieodwołalnie zamknięty.
Wśród widowni nie mogło zabraknąć miastowej władzy.
Zręcznie im poszło podpisanie petycji, której żaden z magistratu
nie raczył przeczytać...
    Momentami zabawne spostrzeżenia gubińskich uczniów,
przeplatane tymi właśnie społeczno-obyczajowymi niesnaskami,
to cała fabuła przedstawienia, podtrzymywana w takcie
hip-hopowych przyśpiewek. Ośmielę się powiedzieć, że to raczej
pod kabaret można by podciągnąć.

A Może jednak barwne stroje, treść w stylu stricte teatralnego
przekazu, starały się ratować spektakl?

Nie ukrywam, że jednak się uśmiałam.
Obraz na pewno moja pamięć zarejestruje, szczególnie
dzięki jednej (i jedynej), która moim zdaniem oddała się
w pełni swojej roli – Oli.
Przepiękny głos, obycie ze sceną (jakby wrodzone),
i wyczucie, w połączeniu z przeraźliwym zimnem,
to na pewno niezapomniana składanka.



Tymczasem w najlepsze trwa też Opole.
Mając do wyboru koncert Velvet
w podmuchach rodem z Syberii, a ciepły domek...
wiadomo, na co padł wybór po kilku velvetowskich kawałkach.


Eva

Deszcz gra na parapetach. Mi coś na nerwach
z powodu nieznanego.
Najlepsza prawdopodobnie kogoś pokochała,
ale faktem tym nie miała zamiaru się ze mną podzielić.
Kiedy zapytałam kto to jest, jak ma na imię, co robi
i jak go poznała, odpowiedziała "czy to ważne"?

No cóż...wolna wola jak to mówią.
Zauważam zmianę. I to nie na lepsze.
Porozumiewamy się półsłówkami, na odczepnego.
Wieczór, stosownym określeniem jest już raczej noc,
bo wybiła północ - umila mi K. Groniec.

"Żałosny cyrk" z płyty "Listy Julii":



"Z nadzieją piszę,
że do czasu kiedy list ten
trafi w twoje ręce,
z nami będzie lepiej.
Nie do wiary,
gdzie są nasze ideały?
Dzisiaj zsumowane
z zimnych faktów
twarde dane,
tworzą nasz żałosny cyrk..."




Ech...
Eva

środa, 30 maja 2012



            Li pospiesznie spojrzała na zegarek, było wpół do piątej.
Słoneczne popołudnie
umilał czas
spędzany w ogrodzie.
Kilka minut temu zakończyła telefoniczną rozmowę z mamą,
która informowała ją,
żeby na siebie uważała, bo na usta
cisnęły się jej dziś kościelne pieśni.
Li przyjęła do wiadomości
przekazane treści, ale uspokoiła mamę tym, że z racji święta,
a były to Zielone Świątki, zapewne takie, a nie inne miała znaki.

            Ciężkie od kwiatów drzewa akacji, wyglądały jakby
oddawały pokłon wiszącym nad nimi
burzowym chmurom.
Duszne powietrze i niskie ciśnienie rzucały sen na homeopatów.
Li do nich należała.
Przysiadła pod ogrodowym parasolem
i do filiżanki
cienkim strumieniem lał się już ciemny napój.
Kawa doskonale pobudza.

Pomyślała, że pewną część swojego ogrodu przekształci na ogród
w japońskim stylu.
Posadzi drzewka bonsai, długie,
puchem zakończone trawy i gdzieniegdzie rododendrony.
A w samym centrum tego zakątka zrobi niewielkie wodne oczko,
po którym będą spokojnie
pływać lilie wodne i może nawet
kiedyś wylądują kaczki.

W filiżance było już widać dno. Li wróciła do pracy w ogródku.
W planie dnia zostało jeszcze zebranie kwiatów do bukietu,
który miała zamiar ustawić
w salonie oraz podlanie wysuszonej
promieniami słonecznymi ziemi.
Minęła szósta.

Irysy we wszystkich kolorach od cytrynowych po ciemnofioletowe
i wręcz bordowo-purpurowe
zostały zerwane. Goździki
w każdym odcieniu różu, posłusznie czekały na swoją kolej.

            Podlewanie, zajęło Li więcej czasu niż przypuszczała.
Musiała dobrze nawodnić ziemię,
bo od dawna nie spadła ani
jedna kropla deszczu. W warzywnych grządkach pojawiły się
małe rzeczki płynące w niższe partie warzyw. Ten spad był
zamierzony.
Górną część porastały warzywa, które wymagały
nasłonecznionego stanowiska, zaś niższe – porastały rośliny,
które miały być nieco zacienione ze względu na swoją delikatną
budowę.
Zapach mięty natychmiast wypełnił ogród.
Napar ze świeżo zerwanych, zielonych listków

miał niezwykle subtelny smak. Li zerwała kilka,
by przyrządzić go sobie po powrocie do domu.

Irysy z goździkami już stały w wazonie. Ich zapach,
choć lekko duszący,
to zamieszkał we wszystkich
pomieszczeniach domu, a gotowe odświeżacze powietrza
okazały się zbędne.

 


           

            Wieczór Li spędziła na czytaniu książki,
którą to kilka dni temu wypożyczyła
z biblioteki, będąc
w mieście. Niedługa opowieść, tak ją wciągnęła, że zanim
spostrzegła
był już ranek następnego dnia.
Usnęła w salonie, ściskając ostatnie kartki książki.

Wyglądając przez okno, uśmiechnęła się w myślach,
szepcząc „a niech to!
Pan Bóg ma dziś gorszy dzień
i postanowił połkać z samej góry niebios,

wówczas gdy ja, obficie wczoraj zlałam ogród…”.

Eva

piątek, 25 maja 2012

            Tegoroczne lato obfitować będzie pastelowymi kolorami.
Od jakiegoś czasu próbuje się przedrzeć na salony i nie tylko
kwiatowy motyw (przeze mnie ubóstwiany!), ale siła jego przebicia jest mała.
Króluje na butach i innych materiałach służących do wykorzystania go
w każdy możliwy sposób, tylko mało kto zauważa jego piękno.

Nie temu jednak poświęcę ten wpis.

            Orzeźwiające, świeże, energiczne, żywe – tak kojarzą mi się pastelowe kolory.
Dodają życiowej energii i pobudzają. Zwłaszcza wyobraźnię.

Spodnie, bluzki, marynarki w takich właśnie kolorach będą migać w ciepłych porach roku.
            Lubię stylizacje w zauważalnych kontrastach.
Do tego dobrany odpowiednio makijaż i mamy style wprost z żurnala.
Każda z nas może tak wyglądać, jeśli tylko stworzy taki własny mix.  

Paznokcie ubarwione w równie przyciągających oko barwach,
będą nadawały całości oryginalny, choć śmiały efekt tych fikuśnych poczynań.

 

Inne dodatki, które uwielbiają kobiety to kolorowe torebki, apaszki czy
biżuteria np. kolczyki lub bransoletki, które też nie są bez znaczenia
i które każda kobieta ma w większej bądź mniejszej ilości.

Ja osobiście noszę dziś orange pazurki.
Zauważalne, świeże no prawie exotic:)

Eva