Wierni przyjaciele znoszą wszystko, zwłaszcza moje uciążliwe zapisy w tej rzeczywistości.
O autorze
Tagi

Opowiadania

środa, 30 maja 2012



            Li pospiesznie spojrzała na zegarek, było wpół do piątej.
Słoneczne popołudnie
umilał czas
spędzany w ogrodzie.
Kilka minut temu zakończyła telefoniczną rozmowę z mamą,
która informowała ją,
żeby na siebie uważała, bo na usta
cisnęły się jej dziś kościelne pieśni.
Li przyjęła do wiadomości
przekazane treści, ale uspokoiła mamę tym, że z racji święta,
a były to Zielone Świątki, zapewne takie, a nie inne miała znaki.

            Ciężkie od kwiatów drzewa akacji, wyglądały jakby
oddawały pokłon wiszącym nad nimi
burzowym chmurom.
Duszne powietrze i niskie ciśnienie rzucały sen na homeopatów.
Li do nich należała.
Przysiadła pod ogrodowym parasolem
i do filiżanki
cienkim strumieniem lał się już ciemny napój.
Kawa doskonale pobudza.

Pomyślała, że pewną część swojego ogrodu przekształci na ogród
w japońskim stylu.
Posadzi drzewka bonsai, długie,
puchem zakończone trawy i gdzieniegdzie rododendrony.
A w samym centrum tego zakątka zrobi niewielkie wodne oczko,
po którym będą spokojnie
pływać lilie wodne i może nawet
kiedyś wylądują kaczki.

W filiżance było już widać dno. Li wróciła do pracy w ogródku.
W planie dnia zostało jeszcze zebranie kwiatów do bukietu,
który miała zamiar ustawić
w salonie oraz podlanie wysuszonej
promieniami słonecznymi ziemi.
Minęła szósta.

Irysy we wszystkich kolorach od cytrynowych po ciemnofioletowe
i wręcz bordowo-purpurowe
zostały zerwane. Goździki
w każdym odcieniu różu, posłusznie czekały na swoją kolej.

            Podlewanie, zajęło Li więcej czasu niż przypuszczała.
Musiała dobrze nawodnić ziemię,
bo od dawna nie spadła ani
jedna kropla deszczu. W warzywnych grządkach pojawiły się
małe rzeczki płynące w niższe partie warzyw. Ten spad był
zamierzony.
Górną część porastały warzywa, które wymagały
nasłonecznionego stanowiska, zaś niższe – porastały rośliny,
które miały być nieco zacienione ze względu na swoją delikatną
budowę.
Zapach mięty natychmiast wypełnił ogród.
Napar ze świeżo zerwanych, zielonych listków

miał niezwykle subtelny smak. Li zerwała kilka,
by przyrządzić go sobie po powrocie do domu.

Irysy z goździkami już stały w wazonie. Ich zapach,
choć lekko duszący,
to zamieszkał we wszystkich
pomieszczeniach domu, a gotowe odświeżacze powietrza
okazały się zbędne.

 


           

            Wieczór Li spędziła na czytaniu książki,
którą to kilka dni temu wypożyczyła
z biblioteki, będąc
w mieście. Niedługa opowieść, tak ją wciągnęła, że zanim
spostrzegła
był już ranek następnego dnia.
Usnęła w salonie, ściskając ostatnie kartki książki.

Wyglądając przez okno, uśmiechnęła się w myślach,
szepcząc „a niech to!
Pan Bóg ma dziś gorszy dzień
i postanowił połkać z samej góry niebios,

wówczas gdy ja, obficie wczoraj zlałam ogród…”.

Eva

piątek, 30 marca 2012

    Była zbuntowaną dziewczyną o charakterystycznej urodzie. Nie za wysoka, chuda o czarnych oczach. Pierwsze lata dzieciństwa spędziła na wsi.
Podczas miejskich odwiedzin, czas spędzała na dokuczaniu innym. Pociągając inne dziewczynki za piękne warkocze, miała niezły ubaw, a gdy zwracano uwagę jej babci, jak to wychowuje córkę, z radości piszczała.

Awans zawodowy tatusia sprawił przeprowadzkę do miasta, gdzie dalej dorastała.
    Mijały dni, lata, a jej upór i agresja przybierały w ciężarze.
Nie słuchała nikogo.
Żyła, tak jak chciała.
Lat szkolnych zapewne żadne z koleżanek i kolegów nie wspomina dobrze, dzień z nią w roli głównej, to typowy dramat. Była wszędzie tam, gdzie czaiło się zło, gdzie kusiły szemrane sprawki i żaden przy zdrowych
zmysłach nie pakowałby się w te sytuacje dobrowolnie.
Każda lekcja, oddzielana szkolnym dzwonkiem przynosiła ból. Był tak mocny, że sprawiał przykrość wszystkim z klasy, a i nauczyciele nie przechodzili bez komentarza. 

    Strach, płacz i niepokój były towarzyszami jej szkolnych kolegów. Nikt nie wiedział jak było naprawdę. Jakie musiała znosić upokorzenia, wyzwiska, obelgi pod swoim adresem od sąsiadów. Mściła się w podzięce za
swój los na innych.
Zjawisko jumy było jej znane z autopsji. Miała w owym czasie podwórkowe
koleżanki, przekraczające wszystkie granice. Dosłownie. Dobra passa nie trwała jednak
w nieskończoność.
Doświadczenia zwrotne okazały się brakującym ogniwem. Odcisnęły wieczny ślad w jej dotychczasowym życiu.
    
W szkolnych murach miała jedną, wierną koleżankę, która nie podzielała
tego, co robi, ale towarzyszyła jej w tych oświatowych bojach. Może ze
strachu przed odrzuceniem, może bardziej ze strachu przed nią samą,
zwyczajnie się z nią trzymała.
Kłótnie wszczynała wszędzie tam, gdzie mogła coś zyskać, nawet kosztem uczuć innych osób.
Nigdy nie brała pod uwagę, tego, co ktoś pomyśli, powie, bo i tak spłynęło to po niej, jak po kaczce woda.
Mówili, że wzrokiem przeszywa na wskroś, jakby chciała zajrzeć
i rozerwać wnętrze ludzkie. Kto tylko raz spojrzał jej w oczy, już nigdy więcej nie powtórzył spojrzenia w sam głąb zła.
Emocje, które temu towarzyszyły, były tak silne, nie zbadane przez
większość uczniaków, że chcieli dowiedzieć się, co jest dalej. Każdy kto
spróbował zajrzeć głębiej, kończył jak nie dobity motyl
wytrwale poruszający skrzydłem.
   
Podstawówkę kończyła w zapomnianym systemie ośmioklasowym.
Przejście
z drugiego piętra szkoły na wyższy poziom, to czas, na który czekali wszyscy.
Nowe lekcje, każda w innej klasie, nowe twarze nauczycieli. I to wszystko ze zmianą cogodzinną.
Migracje starszych kolegów i koleżanek, ruchome piętra,
rozmowy w długich korytarzach, wszystko to ją fascynowało. Lubiła obserwować.
Wzrost starszych kolegów podziwiała z poziomu mrówka-słoń.
To była nowość dla tych, którzy opuszczali wczesnoszkolne ściany klas. 

    Dzień jak co dzień. Od czasu do czasu ubarwiany szkolną zabawą
i wrzeszczącymi dzieciakami.
Klasa szósta. Tu nastąpił przełom.
Do klasy dołączyła nowa koleżanka. Przyjechała z innego województwa.
Dla małomiasteczkowych ludzi, to jakby odwiedził ich ktoś z innego świata.
Może było w tym wszystkim coś innego, nowego, coś pociągającego,
ale wiedziała, że jest to na chwilę. Wiedziała, że pierwszy zachwyt kiedyś minie.
Koleżankę porzucą, jak wykorzystany, stary przedmiot i powrócą do szukania nowych punktów zaczepienia.
   
Wreszcie przyszedł czas na jej kolej. Słuchała historii nowej, analizowała, zapamiętywała wszystko to, co jej opowiadała. Musiała się dobrze przygotować, by móc w odpowiedniej chwili to wykorzystać.
Kilka miesięcy później, zła uratowała ją od zmiany klasy, do czego namawiała ją inna, wyniosła uczennica.
Zdziwiła się, że tak łatwo jej poszło przekonanie nowej do swojej racji. Wszystko poszło sprawnie i bez większego wysiłku. 

     Przygotowania do wiosennego korowodu szły pełną parą. Na lekcjach
wszyscy szykowali stroje dla paradujących. Ubaw był niezły.
W końcu obowiązkowe zajęcia zostały oficjalnie odwołane.
Klasa „c” należała do grzecznych. Na lekcjach, rzadko kiedy dokuczała czy przeszkadzała.
Nauczyciele dziwili się, że można słyszeć bzyczenie muchy podczas lekcji
z nimi, mogli więc bez przeszkód prezentować swój cały pedagogiczny talent.
„C” do omnibusów nie należała. Owszem znaleźli się tacy, którym wszystko
przychodziło
z zadziwiającą łatwością, zostali za to nagrodzeni, ale raczej
klasa lokowała się w przedziale tych przeciętnych.
Dających jeszcze radę.
   
Etap wstępu do nauki krytycznej dobiegał końca. Szykował się bal zakończeniowy.
Nawet zła zastanawiała się jaką ma wybrać dla siebie szkołę, a trzeba
przyznać, że wyniki
w nauce w jej przypadku zadziwiające nie były.
Wybór padł na przyzwoite w mieście technikum.
W czasie szeroko zakrojonych przemian, zdążyła się na dobre
zaprzyjaźnić
z nową, jej wierna towarzyszka też jej nie odstępowała,
choć miewała symptomy rewolucji, to jednak nie zdołała prowadzić dłuższej wojny.
Wsparcie innych okazało się niczym sekundowe naliczanie. Zła, przekonała
do nowej siebie żeńską część klasy, choć może nie do końca;
męskiej -  tak się dała we znaki, że postanowili raczej trwać
w uzasadnionym zresztą przekonaniu, iż
„ małpa choćby w jedwabiach, to małpą zawsze pozostanie”.
Zaczynać nową bitwę w tej sprawie nie było najmniejszego sensu.
Zostało więc po ich myśli, jak sami chcieli.

 

 

Eva